Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 558 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
piątek, 16 września 2011 18:10

Trochę minęło od ostatniego wpisu. Szkoła się zaczęła, a wraz z nią obowiązki. Pewnie będę tak właśnie rzadko pisać. Lekcje, lekcje, lekcje. I tak do najbliższej dłuższej niż weekend przerwy. W tym roku jednak nie chodzę już na batik, tj. nie muszę dojeżdżać w piątki do centrum Warszawy, czyli Pałacu Kultury. Czyli mam popołudniowe piątki wolne :3. Tylko niestety nie mam u siebie w okolicy żadnych zajęć z rysunku (tak, chcę się trochę podciągnąć), na których bym się czegoś nauczyła. Co prawda znam naprawdę świetne studio, ale musiałabym z kolei dojeżdżać na starówkę. A mi się po prostu  nie chce. Na dodatek musiałabym chodzić w piątki lub soboty. A ja nie mam ochoty. Przecież tak dawno nie miałam tych piątków luźniejszych. Tak dawno nie wychodziłam wtedy po szkole myśląc "już weekend!". I stąd właśnie ta niechęć.

 

A teraz... jeden z czynników, dla których nie pisałam.

2 września wieczorem odeszła bliska mi osoba. 7 września odbyła się bardzo przykra uroczystość. Pierwsza w moim życiu. Nie będę jej opisywać, jedyne co mogę na ten temat napisać brzmi bardzo krótko: Nigdy wcześniej tak szczerze nie płakałam. Nigdy... A teraz czuję się dziwnie. Inaczej nie potrafię tego określić. Po prostu dziwnie. pamiętam jak kiedyś inna osoba z rodziny po odebraniu mnie z godzinnych zajęć powiedziała z uśmiechem: "No i popatrz, żyjemy kolejną godzinę krócej.". Nie uważacie, że brzmi to..dziwnie? Tak jak świadomość, że już się z kimś nie zobaczysz.

 

Bliskość, która przywraca ci kształt.
On odszedł.
Kiedy odchodzi człowiek, bliskość ulatuje jak ptak,
w nurcie serca zostaje wyrwa,
w którą się wdziera tęsknota.
Tęsknota - głód bliskości.


oceń
0
0

Wolne myśli (8) | Dodaj swoją

środa, 03 sierpnia 2011 11:59

Ha! I w tym roku mi się udało. Jadę na tydzień nad morze. Wyjeżdżam we wtorek, czyli...chyba dziewiątego, o ile się nie mylę. Mam nadzieję, że będzie dobrze i, że pogoda też będzie dobra. Wiadomo, słońce, ale zdecydowanie nie chce upałów. Nie nawidzę, kiedy wszystko wokół jest mokre, lepkie i się wręcz rozpływa, a z nieba leje się niemiłosierny żar. Nie nawidzę. Ale to tak na marginesie ten wyjazd.

 

Nie dało się nie zauważyć ostatnich, hmpf, dość ulewnych deszczy. Ja mieszkam na obrzeżach Warszawy, praktycznie w lesie. Za ogrodzeniem zalany las. Zalana również połowa podwórka. I zalana piwnica. Była. Wczoraj. Woda sięgała chyba do kostek. Nie wiem bo wtedy nie schodziłam (spałam X3). Przyjechali ludzie od dziadka (jacyś budowniczy chyba) i pomogli trochę wylać tej przeklętej wody. Tata nie poszedł do pracy i prawie cały dzień ogarniał piwnicę. Na dodatek my też ogarniałyśmy (ja i siostra), ale na szczęście dużo krócej. Co miałyśmy poradzić. Kalosze i do roboty! Wylewałyśmy resztę brudnej wody, a potem ja dostałam mopa i wycisnęłam chyba prawie pół wiadra. Cudem nie zrobiły mi się odciski na dłoniach od zaciskania ich na tym pręcie. Straszne. Plecy mnie bolały, ręce mnie bolały, ledwo już na nogach się trzymałam. To nie jest takie proste jak się wydaje. Ale jakoś przeżyłam! Jeszcze pomyślcie sobie, że mamy w piwnicy pralnię. Wszystkie brudne rzeczy do prania, leżące na podłodze zamieniły się w jeszcze bardziej brudną i mokrą (kapało z nich) kupę ciuchów. I zalane dwa rowery, tylko czekać na korozję. A to wszystko przez to, że strzeliła nam pompka odprowadzająca wodę. Przeklętą, zasyfioną wodę. Nie, no dobra przesadzam trochę :3 Przecież w końcu ją przezwyciężyliśmy. A teraz wszystko schnie...


oceń
0
0

Wolne myśli (11) | Dodaj swoją

niedziela, 24 lipca 2011 11:27

Jestem :3 Mam na myśli to, że raz wróciłam do Polski, a dwa mam wreszcie bardziej stabilny internet, mimo iż przebywam na działce. To może jeszcze wrócę do tematu Londynu: pogoda była cud-malinka, nic a nic nie padało, cały czas słoneczko i nie było upału. Z jedzeniem trochę gorzej... stęskniłam sie za zwykłą rzodkiewką, pomidorem itp. Jednak trochę tego tam brakuje. Nie powiedziałabym, że jest tam zdrowe jedzenie. Podam bardzo prosty przykład: kiedy ścisnęło sie w ręce jakąś słodką bułkę bo była miękka, to miało się palce mokre od tłuszczu :|. Poza tym nie znalazłam jakichś wiekszych utrudnień. Oczywiście wszyscy idioci po lewej jeżdżą :3. Metrem poruszałam sie codziennie i wszędzie. Można się tam pogubić, nie ma co. Mam nawet ze sobą mapkę z tą całą plątaniną linii. Nie da się tego opisać wszystkiego, bo jest tego za dużo i mi się na prawdę nie chce, dlatego po prostu wymienię miejsca, gdzie byłam:

 

1. No oczywiście widziałam Big Bena :3 i Westminster

2. Widziałam, ale niestety się nie przejechałam dzięki ogromnej kolejce ludzi i obolałych już nogach, London Eye

3.Oglądałam kota ze złota, posągi faraonów, naczynia z grecji, przeróżne zwłoki O_o i grobowce (nawet buty z Egiptu) itd. w British Muzeum

4. Widziałam na żywo Słoneczniki Van Gogha w National Gallery

5. Prawie zdobyłam jednego z ogromnych lwów i prawie wpadłam do jednej z fonatann na Trafalgar Square

6. Zrobiłam sobie zdjęcie z jedynym i niepowtarzalnym Jackiem Sparrowem i brawurowym Arnoldzikiem (Schwarzeneggerem) w Muzeum Madame Tussauds

7. Oglądałam klockowy Legoland (i kupiłam tam sobie klockowy breloczek z Indianą (albo Indianem ?_?) Jonesem)

8. Siedziałam na trawce w ogromnym Hyde Parku


 Więcej nie pamiętam. W końcu było to jakiś czas temu. Niestety nie mogłam umieścić zdjęć gdyż ponieważ ma je ciocia, a poza tym, jak wspomniałam, jestem i tak na działce. Tak sobie myślę, że kiedyś jesli będę miała możliwość to pojadę znów do Londynu, szczególnie by znów posiedzieć na Trafalgar Square :3

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

A teraz mam dwa pytania od czapy:

1. Czy czcionka we wpisach nie jest trochę za mała?

2. Czy działa wam playlista po prawej? Mi na przykład nie działa od dłuższego czasu. Sprawdzałam na trzech różnych komputerach, więc może coś z nią nie tak.

 

Będę wdzięczna za odpowiedź szczególnie na drugie pytanie ;3


oceń
0
0

Wolne myśli (8) | Dodaj swoją

wtorek, 28 czerwca 2011 11:28

O rany, ale mi sie zeszło... Przepraszam ale ten drugi semestr mnie trochę już wykańczał. Nie wspomnę już o ostatnim miesiącu szkoły. MASAKRA. Wszyscy mówią, że to uczniowie się nagle budzą na koniec roku i przychodzą prosić o lepsze oceny... a to gucio prawda. Nauczyciele też nie wykazuja się refleksem. Nagle trzeba przepytać połowę klasy, albo jakąś kartkóweczkę czy sprawdzianik zrobić. Albo jeszcze lepiej - wszyscy naraz się zwalili i trzeba było zrobić drzewo na festyn nauki, przygotować prezentację dwóch doświadczeń na fizykę, pracę roczną na plastykę, wciąż się uczyć bo mogą cię przepytać i latać za nauczycielami żeby się chociaż dowiedzieć jaką masz ocenę. A byli jeszcze tacy co w konkursach przy tym wszystkim brali udział. Cóż "nie ma letko". Na szczęście przeżyłam! Jaka jestem szczęśliwa, że koniec tego okropnego roku! No może nie był taki okropny, ale miałam już po dziurki w nosie siedzenia w szkole.

 

A wracając do mojej nieobecności powiem tak: jakoś tak wyszło, najgorsze jest to, że pewnie jeżeli ktoś czytał mojego bloga to prawdopodobnie stwierdził, że nie ma dalej sensu tu wchodzić, skoro nie piszę. Trochę od początku muszę zacząć '-.-

Na dodatek naprawdę sporo się działo. Ale nie będę tego wszystkiego opisywać. Ha, nawet moje urodziny minęły. I imieniny. Dobra nie będę sie tak rozczulać. Było minęło (a raczej mnie nie było).

 

Rok szkolny sie skończył, więc trzeba się cieszyć. Wakacje uważam za rozpoczęte i to pełną parą! Śmiało korzystać z wolności!

A tak na marginesie: jutro o tej porze będę się już gapić na Big Bena w Londynie! (wyjeżdżam jutro o 6.00, a wracam w sobotę koło 23.00)


oceń
0
0

Wolne myśli (9) | Dodaj swoją

niedziela, 13 marca 2011 13:19

Jakiś czas temu pisałam o zajęciach batiku (farbowanie tkanin) i o tym, że jest z nimi trochę gorzej. Chodzę na nie raz w tygodniu w piątki. Dojeżdżam autobusem od pętli do przedostatniego przystanka pod Pałacem Kultury. Trochę czasu to zajmuje... W domu jestem dziesięć minut tylko żeby odłożyć plecak i wziąć torbę. Z tydzień temu wsiadając do autobusu nie zauważyłam, że trasa jest skrócona. Koniec był przy politechnice. Całkiem spory kawałek do przejścia, a przecież nie miałam za dużo czasu. Poza tym nie mieszkam w centrum (już nie mieszkam), więc tam nie chodzę po okolicy i na dodatek mam beznadziejną orientację w terenie. Czułam się jak w labiryncie. I nie chciałam chodzić po podziemiach. Fakt wiedziałam w którą stronę pałac, ale drałować mi się nie chciało. Ruszyłam w kierunku Placu Konstytucji żeby nie tracić czasu i zadzwoniłam do mamy, spytać się jakim autobusem dojechać. W końcu wsiadłam w tramwaj, myśląc, że koniec niespodzianek. Ale los lubi być złośliwy... W połowie mojej drogi drzwi odmówiły posłuszeństwa i nie chciały się zamknąć. Ładnych kilka minut postaliśmy (się aż zrobiło luźniej). W końcu przyszedł jakiś facet z metalowym grubym prętem, pogmerał w tych drzwiach i na szczęście zaczęły działać. Uff... jakoś doszłam. Nawet zdążyłam zapłacić za zajęcia.

No i wszystko fajnie. Tyle że z kolei przedwczoraj dowiedziałam się, że będę musiała tak co tydzień z przesiadką jeździć bo coś tam coś tam. O mało co nie wysiadłam jeszcze na złym przystanku i... tudududum... nie chcieli mnie na zajęcia wpuścić! Jeśli chodzi się na zajęcia do PM to ma się wyrabianą legitymację i, jeżeli zapłacisz, dostajesz do tej legitymacji wkładkę na I lub II semestr. Jak wspomniałam zapłaciłam tydzień temu. Wkładki wtedy jeszcze nie dostałam i los znów był złośliwy bo trafiłam na faceta, który bardzo dokładnie sprawdzał legitymację (normalnie tylko pokazujesz że masz i już), tzn wziął do ręki i obejrzał z każdej strony. Ja coś tam powiedziałam, że już płaciłam, a wkładki nie dostałam i jakoś wspaniałomyślnie mnie przepuścił.

 

Jeju... mam dość piątkowych wrażeń '-.-



oceń
0
0

Wolne myśli (17) | Dodaj swoją

Pierwszy Wpis

Skłamałabym twierdząc, że piszę tylko dla siebie. Dlatego założyłam bloga, a nie pamiętnik. Pod każdym wpisem może się wypowiedzieć obca osoba. I chyba tylko to utrzymuje mnie przy tym pomyśle.

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl